OLA BLOGUJE

PRZYPADKI WPADKI WYPADKI

środa, 10 października 2012

Motylem byłam

   Motylem byłam...a teraz zostałam Domisiem. Cóż to takiego? Chodzę już 2 rok do przedszkola i awansowałam z Motylków do Domisiów oraz z parteru ma pierwsze piętro. Niestety co to są te Domisie to nie wiem, bo choć z tata odszukaliśmy je w internecie to za nic nie przypominały żadnych misi, ale raczej dziwnie wyglądające jeże ubrane w jeszcze dziwniejsze stroje. Dlatego pozostaję przy wersji, że Domisie to taka odmiana misiów. I w tych Domisiach to jest super! Jak w zeszłym roku miałam pewne opory przed przekraczaniem progu przedszkola (oj tam, oj tam tato, opory mu się nie spodobały i mówi coś o jakiejś histerii), tak teraz pędzę ile sił w nogach. Jakoś w tym roku mamy więcej czasu rano, bo mama prasuje nam rzeczy do przedszkola. Trochę mi jej szkoda, bo się napracuje ,a my z tatą i tak dokonujemy korekt stroju.  Poranek wygląda następująco: pobudka, bajka, śniadanie, tata goni mnie ze szczoteczką do zębów, tata goni mnie ze szczotką do włosów, tata podejmuje nieudolne próby spięcia moich włosów, tata próbuje mnie ubrać, tata próbuje ubrać siebie, tata znowu próbuje ubrać mnie, wychodzimy, wracamy na siku, rozbieramy się, przebieramy pochlapaną wodą bluzę, znowu wychodzimy, wracam się pożegnać z psem, wychodzimy, tata się wraca, bo czegoś zapomniał, skaczemy ze schodów, rozmawiamy ze spotkanymi sąsiadami, bieg do przedszkola...a potem to już z górki: przedszkole, babcia, mama. Powrót wygląda następująco: wysiadamy z auta, mama trzyma mnie za rękę, nie ma jak sięgnąć po torebkę, zaprowadza mnie na chodnik, wraca do auta, wraca się do mnie, wraca do auta, bo czegoś zapomniała, wraca do mnie, chcę iść za rękę, mama ma ręce zajęte, więc kombinuje jak to zrobić, w międzyczasie ja się rozmyślam i sama idę na górę, mama za mną, otwieramy drzwi, wypada pies, pies wita mamę, ja szybko zmykam do domu, pies mnie goni, żeby przywitać, mama zamyka drzwi, pies wita mamę, pies wraca do mnie, ja go przeganiam, mama go woła, pies sprawdza zakupy, mama go wygania a ja w międzyczasie już rozkładam się z zabawkami. Wszystko pod kontrolą i ani odrobiny chaosu, prawda mamo, tato?

sobota, 22 września 2012

Instrukcja obsługi babci

Prosta instrukcja, która pozwoli wam łatwo zdobyć zabawki, słodycze lub cokolwiek co sobie wymyślicie.
1. Sprawdzamy prognozę pogody.
1a. Jeśli pada lub na dworze jest -20 darujemy sobie dalsze punkty.
1b. Jeśli jest bardzo gorąco odpuszczamy punkt 5 i 6
2. Wykonujemy telefon próbny w celu sprawdzenia stanu zdrowia i nastroju babci. Pod żadnym pozorem nie dajemy poznać co zamierzamy! Jeśli babcia zapyta: "Kiedy przyjedziesz?" to szybko oddajemy słuchawkę rodzicom.
2a. Jeśli wszystko wygląda ok, to przechodzimy do punku 3.
2b. Jeśli babcia jest chora lub zmęczona odpuszczamy i czekamy na sprzyjający moment.
3. Odwiedzić babcię, najlepiej z własnej inicjatywy.
4. Wymusić na rodzicach taki tekst: Wiesz,  sama chciała przyjechać, chyba się stęskniła
5. Przytulamy babcię, ewentualnie rzucamy (zależne od naszej wagi i krzepy babci): na ręce! 
6. Bacznie obserwujemy reakcję, lekko przyduszając babcię. Szybszy oddech to znak, ze należy puścić szyję i szybko przejść do punktu 7go.
7. NAJWAŻNIEJSZE SŁOWA!!! "Wiesz, babciu....." i czekamy...(dziadka przeganiamy groźnym spojrzeniem)
8. Babcia na 100% zapyta: "Tak, kochanie?"
9. Jest już nasza, więc atakujemy: "bo, wiesz, widziałam ...." i tu wstawiamy to co chcemy zdobyć. Radzę nie wymyślać cudów, ale rzeczy tanie i łatwo dostępne, zgodnie z zasadom "im więcej tym lepiej". 
10. Nie dajemy się zbyć, twardo negocjujemy. Najważniejsze to wyjść z domu. 
11. Jeśli wyjdziemy z domu sprawa jest w zasadzie załatwiona.
POWODZENIA!

niedziela, 15 lipca 2012

Trudne pytanie

Tata raczej włosy ma krótkie, ale ostatnio przeglądając jakieś bardzo, bardzo stare zdjęcia okazało się, że tata miał bardzo dużo włosów na głowie. Pytanie brzmi co się z nimi stało? Gdzie są albo dlaczego ich nie ma? Postanowiłam to trudne pytanie zadać tacie, ale chyba wybrałam niewłaściwy moment. Tata spojrzał na mnie, potem na zdjęcie a następnie z jakąś dziwną miną na mamę. O co chodzi? Mama zobaczyła to dziwne spojrzenie i zadała jeszcze dziwniejsze pytanie: przez mnie? No i się zaczęło:
- (T)Widzisz jakie kiedyś miałem długie włosy?
- (M)Jak cię poznałam to miałeś już krótkie!
-(T) Bo wiedziałem co mnie czeka i się obciąłem!
-(M Aha więc to moja wina?
-(T) A czyja? Moja?
-(M) Ja ci się kazałam obcinać?
-(T) Nie, ale jakbym miał długie to i tak musiałbym się przez ciebie obciąć!
-(M) A to niby dlaczego?
-(T) Bo jakbym sam nie obciął to by mi same wypadły!!!
-(M) Tak? 
-(T) Tak, tak!!!
- (M) Czyli ja jestem winna temu, że twoje włosy nie są długie a do tego siwe?
-(T) No wybacz, ale siwizna to już wyłącznie twoja zasługa!
-(M) Czyli znowu ja winna?
-(T) A kto? A ty się mała (to do mnie) nie śmiej, bo ty też się do tego przyłożyłaś!
-(M) I kto jeszcze?
-(T) Wy dwie i pies!
-(M) Pies? A ten jak się do tego przyłożył?
-(T) Ja się o psa nie prosiłem!
-(M) To powiedz jej to prosto w oczy!!
- (T) Nie prosiłem się o ciebie! (patrząc na psa)
-(M) A kto mi zdjęcia małych owczarków przysyłał?
-(T) A jak ci zdjęcia motorów przysyłałem to jakoś motocykla mi do domu nie przyniosłaś!
-(M) Żadnych motorów!!!
-(T) Bo?
-(M) Bo chcemy mieć tatę całego!
-(T) I tak sobie kiedyś kupię!
-(M) Zobaczymy!
-(T) Widzisz Olu i tak jest ze wszystkim! 
...
I tak to wyglądało niestety. Na temat włosów taty wiele się nie dowiedziałam. Wychodzi na to, że za sprawą zniknięcia włosów stoi pies w zmowie z mamą. Ale wiem już także, że o pewne rzeczy trzeba pytać...babcie.

sobota, 14 lipca 2012

Z czym do ludzi

W zasadzie tytuł powinien brzmieć z czym między ludzi. Chciałabym się pochwalić co zabieram z sobą idąc "między ludzi", czyli np do sklepu na zakupy, a także co zawszę kupuję w danym sklepie. I tak:
- Biedronka (podstawa, bo blisko) - nic nie zabieram do Biedronki, ale zawsze wychodzę ze słodką bułką z serem, soczkami Pycholandia i szamponem ze słoniem.
- Lidl - nie idę tam z niczym, ale wychodzę z soczkiem z królikiem (kupuję, chodź nigdy go nie wypiłam), z lodem (sezonowo), paczką lizaków i gumami mamba.
- Auchan - no tu już większa wyprawa, więc do sklepu ZAWSZE idą ze mną 3 duże dinozaury, które obowiązkowo musi obkleić taki pan co czegoś chyba pilnuje. W sklepie staram się każdorazowo wymusić kupno konika pony (doooobra cena!), książeczek do kolorowania, danonków, całej serii soczków z Tymbarku i całej serii soczków Leon. W związku ze sporą listą moich zakupów właśnie w tym sklepie dochodzi do sporów. Wiadomo, że ja łatwo nie odpuszczę koników (mam już około 10 dużych i niezliczoną ilość małych), bo mam cel: każdy konik pony musi mieć 2 zastępców, więc jeszcze sporo jest do zrobienia w Auchan. Jeśli rodzice stawiają opór to wystarczy zaciągnąć babcię Ilonę i to rozwiązuje problem zakupu. 
- Decathlon - ze względu na to, że oprócz piłek, które można porozrzucać po całym sklepie we wszystkich możliwych kierunkach (tata daje radę - ma bardzo podzielną uwagę i jakoś je zbiera) nie ma tam nic interesującego, zabieram tam słonia w czapce. Dlaczego on? Bo w Decathlon byłoby strasznie nudno gdyby nie... trampolina!!!! Tak, tak są nawet 2! Jedna w środku, druga latem na zewnątrz. Chciałabym mieć monopol na całodniowe skakanie...A tak przyłażą jakieś dzieci i też chcą skakać. No a słoń skacze ze mną- - Intermarche - też idą Dinki trzy, kupujemy obowiązkowo herbatę z Scooby Doo
- Ikea - nie biorę nic, ale hot dog dla mnie i psa musi być obowiązkowo
- na rowerze z tatą - słoń, konik i koniecznie okulary słoneczne
- na spacer z psem hulajnogą - idą ze mną 2 konie pony i dinek Liliput
- na spacer bez hulajnogi tylko Liliput
- do cioci Paty - wszystkie dinki
- do babci Ilony klocki, dinki i wszystko co mi wpadnie pod rękę
- do babci Eli, to zależy, bo decyzje podejmuję w ostatniej chwili (też cię kocham tato)
To chyba na tyle. Rzadko się zdarza, żebym wyszła z domu bez zabawek, zawsze coś się może przydać. Dlatego mama ma dużą torebkę a tata spodnie z dużą ilością kieszenie, bo chyba nikt sobie nie pomyślał, że ja to wszystko sama noszę?


niedziela, 1 lipca 2012

Jestem znowu!

Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu, więc wygląda na to, że będzie to długi post. Post jamnik? No cóż, za wiele do przedszkola na początku się nie nachodziłam. Ledwie skończyłam płakać za mamą ,to ta sama mama zaraziła mnie jakimś kaszlem i 5 tygodni miałam z głowy. W międzyczasie jak zwykle nastąpiły zmiany w moich "gwiazdach" i zaczęły rządzić dinozaury z Dinopociągu. Sympatyczna ekipa. Szkoda, że się nie znają z tymi z Pradawnego Lądu. Moja kolekcja też się powiększa i musiała zmienić małe pudełko na większe. Tata twierdzi, że czuje się jak jakiś palant czy paleontolog ,coś takiego, bo wszędzie trafia na ślady dinozaurów. Na dzień dzisiejszy moja prywatna kolekcja obejmuje kilkanaście dinozaurów, około 20 koników Pony, pełny skład z Dinopociagu włącznie z pociągiem. Niestety około 80 dinozaurów rozpoczęło migrację, która skończyła się w piwnicy. Dziwne, że nie wróciły do tej pory. Chyba muszę poważnie porozmawiać z rodzicami, bo coś mi się to nie podoba. Rozumiem tydzień migracji, ale trzy miesiące? 
Aha no i drugi telewizor okazuje się niezbędny he he. Nic im nie pozwalam oglądać! Raz nawet słyszałam jak się tata z mamą namawiali  na nocne oglądanie telewizji! Sorry, takie życie...
Wracając do przedszkola, to tak naprawdę fajnie zrobiło się pod koniec. Rano jeździłam sobie do niego hulajnogą zabierając z sobą małą, dinozaurową ekipę w składzie: Liliput gumowy, Liliput zielony, dwa małe zielone dinki i dwa małe pomarańczowe dinki. Kompletowaniem ekipy doprowadzałam do płaczu tatę, bo rano zawsze się spieszył, a nasze negocjacje kto z nami pójdzie były długie i burzliwe. Ja oczywiście jestem świetna w negocjacjach i już wieczorem zapowiadałam, kto ze mną pójdzie następnego dnia. Zawsze było to minimum 6 dinozaurów i kilka koników Pony plus ewentualnie jakiś pluszak. Trzeba mieć z czego "zbijać" w trakcie negocjacji. Tata rzucał hasło, że w takim razie nikt ze mną jutro nie pójdzie i w pozostając twardo na swoich pozycjach negocjacyjnych szliśmy spać. Rano jak to rano, mama do pracy a Tata sam na sam z trudnym przeciwnikiem, czyli mną! Zaczynałam zawsze zaraz po wstaniu hasłem: dzisiaj idą ze mną ...i tu następowała wyliczanka. Tata oczywiście swoje - czyli nikt nie idzie w takim razie. No, ale czas leci i leci, pora wychodzić, więc zaczynam znowu swoje wrzucając po prostu do koszyka w hulajnodze sporo ilość dinków. Tata atakował zostawiając dwie sztuki. Co mi po dwóch dinkach!!! No więc walka! A czas leci... tata nerwowo na zegarek, a ja pełny luz. Nie śpieszy mi się, przedszkolne śniadanie poczeka...W ostatniej chwili trochę ustępowałam, a tata nie mając czasu na dalsze dyskusje zgadzał się na min 6 osobowy skład mojej ekipy. Proste? Proste! W przedszkolu dinki lądowały w szufladzie, bo w sumie to chodziło o to, żeby się trochę przejechały hulajnogą. 
Samo przedszkole to na początku nie był fajne. Po raz pierwszy ktoś mi coś kazał i nie byli to rodzice!  No bo jak to tak, że ja chcę do domu, a oni mi tu ze śniadaniem wyskakują? Brałam panie i rodziców na płacz, na litość, walczyłam jak Roxi z kością - bez efektu. Bez serca ci dorośli...żeby małe dziecko zmuszać do czegoś, na co ono nie ma ochoty? W końcu dałam za wygraną, bo ten płacz nic nie dawał a zaczynał być "obciachowy" w przedszkolu. Cóż w końcu podałam się i okazało się, że jest nawet fajnie! Przyznam się po cichu, że na końcu to nawet sama chciałam tam chodzić. Poniedziałek był miły i nie wiem dlaczego tata jakiś taki nerwowy w te poniedziałki bywał.

niedziela, 4 września 2011

Dinki w przedszkolu?

Ostatni wpis jest z kwietnia, więc nie ma co udawać, że jest dobrze. Obiecać poprawę mogę, bo obietnice nic nie kosztują.
Co się działo od kwietnia? Hmm...No są zmiany, są. Po pierwsze nastąpiła zmiana w kwestii zabawek. Słonie zostały dosyć płynnie zastąpione w drodze odwrotnej ewolucji przez dinozaury. A skąd dinozaury? Ano z MiniMini. Jest taka bajka Pradawny Ląd i tam one były, a teraz są też u mnie. I to nie jest byle co, bo nawet tu o nich piszą  http://pl.wikipedia.org/wiki/Pradawny_ląd
A tak wygladają w rzeczywistości:
 



Co jeszcze  ciekawego? Hmm jutro wybieram się do przedszkola. Znaczy wybierają się rodzicę chyba, bo ja raczej zostaję w domu. No chyba, że mają dam jakieś dinki. A tak właściwie to po co tam mam iść? To samo mam w domu. Przekonują mnie różnymi rzeczami, ale głównie to "łapówki". W zasadzie obiecali mi już wszystko, więc zakończyłam negocjacje. Ma być niby tak: będę się gonić z mamą do przedszkola, potem przyjdzie tata i powie żebym chwilę została z jakąś panią, a on pójdzie do kiosku po książkę z Puchatkiem. I za chwilę wróci. Oczywiście tej "chwili" nie kupuję, bo pewnie mnie zostawi na parę godzin. Ok, dalej ma być tak, że jak wróci z kiosku to zabierze mnie do domu i jeśli byłam grzeczna w przedszkolu to pojedziemy po ryczącego dinozaura. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się fajne, ale jest mała pułapka (cwaniaki z tych rodziców). Otóż warunkiem jest to, że mam być grzeczna, a to nie ma co ukrywać jest niemożliwe do spełnienia. Oj coś mi się wydaję, że jutrzejszy dzień przejdzie do historii w tym przedszkolu... Bo dodam, nie jestem sama, Kuba też się wybiera i pewnie jemu też coś naobiecywali, więc jutro damy czadu!!! 

sobota, 9 kwietnia 2011

Opowieść o małej Roxi - wersja taty

Tata opowiadam mi wieczorem różne bajki: a to o słoniu i jego kumplach, a to przygodach Noddyego. Najfajniejszym opowiadaniem jest jednak ta o małej Roxi, czyli jak Roxi do nas trafiła. A było to podobno tak (wersja taty):
"Mama znalazła Roxi w internecie. Zobaczyła zdjęcie i powiedziała, że chce tego pieska. Tata oczywiście nic nie wiedział. Zadzwoniła do Pani i powiedziała, że przyjedzie po małą Roxi (choć wtedy to nie była jeszcze Roxi). W jakąś sobotę mama okłamała tatę i pojechała z ciocią Anią i Moniką gdzieś daleko. Tata został sam w domu i był bardzo głodny, bo w domu nie było nic do jedzenia. Nie mógł też wyjść do sklepu, bo mama wzięła wszystkie pieniądze. Siedział biedny pół dnia głodny, dobrze że chociaż miał w domu coś do picia. W tym czasie mama dobrze się bawiła jadąc sobie z koleżankami autkiem. Po dotarciu na miejsce mama powiedziała, że nazywa się Agnieszka i przyjechała po psa. Pani gdzieś poszła i przyniosła mała Roxi. Przypominam, że tata siedział w domu głodny,kiedy one zabawiały się z pieskiem. Roxi była bardzo ładna tylko jej zapach był daleki od ideału. Tata mówi, że na pewno nie pachniała łąką. Podobno razem z Roxi były też inne psy. Tata ciągle pyta mamy dlaczego wybrała właśnie tego i twierdzi, że ten był pewnie ostatni jaki został. Nieistotne. Pani spytała, jak piesek będzie się nazywał, bo coś tam muszą wpisać w książeczkę. Musiał się zaczynać na A. I nasz pies oficjalnie nazywa się Aaliyah Adi vel Roxi. Mama z koleżankami zapakowały się do auta i nie spiesząc się(tata ciągle siedział głodny) ruszyły w drogę powrotną. W aucie piesek zrobił numerek 1,2 i nawet 3 z czego ciocia Ania nie była zadowolona. Groziła nawet, że zaraz wysadzi psa i mamę na najbliższej stacji benzynowej. Na szczęście zaczął padać śnieg i ciocia zajęta była walką z wycieraczkami, które się psuły. Jakimś cudem po wielu godzinach udało im się dojechać do domu. Trzy kobiety i pies to nie jest najlepszy zestaw do długich podróży. Tata mówi, że on by tą trasę pokonał w 2 godziny, a im to zajęło chyba 6. Podobno co 30 minut był postój: a to siku, a to trzeba pomyśleć gdzie jechać, a to "zgubiłyśmy się!!!" Ok, po wielu godzinach dotarły do domu. Tata (głodny)usłyszał, że ktoś otwiera drzwi i zobaczył ciocię a za nią coś kudłatego, w czerwonej obróżką i przypiętą kartką. Za tym czymś kudłatym weszła zapłakana mama. Na kartce była prośba, żeby tata nie wyrzucał mamy i psa. W swojej niekończącej się dobroci tata ze względu na padający snieg pozwolił im zostać w domu. Mama obiecała, że będzie wychodziła z psem na dwór. W swej naiwności tata w to uwierzył i ciągle czeka kiedy mama zacznie wychodzić z Roxi...".
To jest oczywiście wersja taty. Nie wszystko mi się tu zgadza, ale jest bardzo prawdopodobne. Ciekawa jestem jak opowiedziałby to mama...
Poniżej pies zwany Roxi.

 Tak mnie kocha...(warto powiększyć obraz)


piątek, 1 kwietnia 2011

Jeszcze o rowerze

Rower ma pewną dziwną cechę. Otóż jak kręci się tymi pedałami do tyłu, to kręcą się lekko i szybko, a jak do przodu to jakoś tak opornie idzie. W związku z tym moi odkryciem jest w domu konflikt, bo każą mi pedałować do przodu. A ja nie chcę, bo po co ciężko do przodu, jak można lekko do tyłu? Rodzice pchają rower do przodu, a ja i tak kręcę do tyłu. Tata coś tak mruczał, że mi stopy przywiąże do pedałów, mama przyciska kolana,żebym jechała sama. A ja dalej swoje, bo trzeba myśleć! Teraz już wiem dlaczego dziadek po rowerze jest taki zmęczony, biedaczek cały czas do przodu kręci, zamiast do tyłu!!! Kręcimy więc do tyłu, bo jazda na rowerze ma być przyjemna!!!

sobota, 26 marca 2011

4 lata mi stuknęły

4 lata minęły jak jeden dzień...la la la...
Tak tak, mam już 4 lata. Dokładnie skończyłam je 13 marca. I jak zwykle w urodziny byłam chora. I ja zwykle w marcu nie obeszło się bez zastrzyków. Impra urodzinowa się odbyła, choć ja nie byłam w najlepszej formie. Mama zrobiła pyszny tort, były prezenty, goście...Ach żeby tak codziennie były urodziny...
Czekam na poprawę pogody i ruszam z tatą na wyprawę w poszukiwaniu Hefalumpów. A o tym gdzie ich szukać napiszę następnym razem...
PS. Dziękuję wszystkim za 100% frekwencję i prezenty!!! Dzięki Wam mam rower!!!
Tak tak oczywiście ze słoniem!!!
 

wtorek, 8 marca 2011

8 marca - Dzień Kobiet nawet najmniejszych

Tak tak, dzisiaj podobnież jest TEN dzień... Dzień Kobiet  najważniejszych, najmadrzejszych, najpiekniejszych, najsilniejszych kobiet.

Mama mi powiedziała, że ten dzień dotyczy również mnie, bo jakby nie było jestem juz "małą kobietka swojego tatunia"  i w tym dniu chcialabym wszystkim Babkom życzyć


WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO
SZCZEGÓLNIE SPĘDZONEGO DNIA
WSPANIAŁYCH PREZENTÓW
I MNÓSTWA KWIATÓW
oraz MIŁOŚCI

a ja oczekuje w dniu dziejszym, najlepszego prezentu może być słoń, soczek z lumpkiem lub tone ciastek dla mojej psiej kobiety czyli Roxi no i może całuska od mojego Tatunia :)